Masło do nosa (true story z Katowic)
Katowice.
Ciepły dzień, jarmark w pełni.
Stoję sobie spokojnie, sprzedaję, pachnie ziołami i olejkami, kiedy nagle podchodzi pani. Sięga po pudełeczko z masłem do ciała, wyciąga patyczek… i zaczyna się smarować w nosie.
Nie tak delikatnie, nie przy wejściu, tylko porządnie, głęboko – jakby chciała sprawdzić, czy patyczek ma zasięg do mózgu. Odkłada. Odchodzi. Ja stoję jak wryta. Po chwili wyrzucam masło do kosza, bo przecież – no nie.
Opowiadam to koleżance z sąsiedniego stoiska. Ona patrzy na mnie z miną: – No coś ty, przesadzasz.
I wtedy wraca pani. Sięga po drugie masło, wyciąga drugi patyczek… i powtórka z rozrywki. Koleżanka otwiera oczy jak spodki: – Dobra, dobra… teraz widzę, że nie ściemniasz.
Drugie masło ląduje w koszu. Stoję, patrzę i się zastanawiam: czy ja powinnam w ogóle wystawiać trzecie, czy może od razu zacząć sprzedawać same patyczki – „zasięg do mózgu, edycja limitowana”.
I nagle… wraca znowu. Podchodzi jak gdyby nigdy nic, wyciąga rękę. Wtedy już wychodzę z domku, patrzę prosto w oczy i mówię najspokojniej, jak potrafię: – Proszę odejść i nic już na moim stoisku nie ruszać. Niczym się nie smarować.
Pani odchodzi. A ja od tamtej pory myślę, że powinnam powiesić tabliczkę: „Do użytku zewnętrznego. Nie smarować wewnątrz nosa.