Przejdź do treści głównej
Menu Menu
Konto Konto
Koszyk Koszyk
0
Ulubione Ulubione
0

PODLASKIE KRONIKI Z BUDKI Z MYDŁEM #4 - Pani co zjadła balsam

Pani co zjadła balsam

 


 

Są takie momenty na jarmarkach, kiedy człowiek – po latach – zaczyna wierzyć, że już nic go nie zdziwi. Kiedy widział wszystko: świecę „na ból głowy” stawianą na czole, masło do ciała wkładane do dziurek nosa, i klienta, który pytał, czy sól do kąpieli „kopię osobiście w kopalni”.

W takich chwilach człowiek staje i myśli: „Dobrze. Granice zostały przesunięte. Teraz jestem gotowa na wszystko.”

A potem… pojawiają się one.

Dwie panie. Para jak z filmu: jedna dominująca, druga bardziej obserwująca, trzymająca torebkę i moralność w garści. Wchodzą na stoisko wolno, jakby przekraczały próg galerii sztuki – z tym marsowym namysłem: „Oceńmy, czy to w ogóle zasługuje na nasze oczy.”

Patrzą. Na mydła. Na masła. Na olejki. Z każdym słoiczkiem robią minę, jakby właśnie kalkulowały sens istnienia wszechświata.

– A to masło?

– Do smarowania – mówię dyplomatycznie, tonem przewodnika z muzeum.

– A to mydło?

– Do mycia.

– A to? – wskazuje na malutki słoiczek, taki niewinny, taki bezbronny.

– Balsam do ust.

Pani patrzy na mnie, jakby sprawdzała, czy nie kłamię.

– Do czego?

– Do ust. – powtarzam po raz kolejny, czując, że życie zatacza koło.

Pani bierze słoiczek. Przygląda mu się z namysłem. Słoiczek milczy – nie wiedząc jeszcze, jakie ma przed sobą przeznaczenie.

Ale zanim cokolwiek zdążę powiedzieć – pani sięga po patyczek. Nie byle jak. Z pełnym rytuałem, z gracją i powagą, jakby zaraz miała pobierać próbkę do badań w laboratorium. Nabiera porcję balsamu, patrzy przed siebie… i wkłada patyczek do ust.

I po prostu… zjada.

Żadnego zawahania. Żadnego „ups”. Po prostu proces spożywczy.

W tym momencie czas się zatrzymuje. Stoisko zamarło. Kwiaty przestały pachnieć. Jarmark zamarł jak kadr z filmu.

Ja próbuję wypowiedzieć jakieś zdanie, umysł szuka liter: „Pro…”, „Nie…”, „Hej…”, „Halo…” Nic nie nadąża.

A pani… z pełną swobodą i pewnością ruchu nabiera balsam patyczkiem po raz drugi. Tym samym. Znów do ust. Znów przełknięte.

Druga pani – ta rozsądna – robi się coraz bardziej czerwona:

– Ale to do SMAROWANIA! Do smarowania! – próbuje uratować świat.

– Ha! Ha! Ha! Ja zjadłam! – śmieje się pierwsza.

Śmiech brzmi jak ogłoszenie zwycięstwa. Jakby weszła w życie nowa tradycja: zjadamy kosmetyki.

I odchodzą. Po prostu. Jakby nic się nie wydarzyło. Jakby najnormalniejszą rzeczą na świecie było zjedzenie balsamu patyczkiem, przy świadkach, na środku jarmarku.

Zostaję ja. I pusty słoiczek. I pytanie, które chyba zapisze się we mnie na zawsze:

Może świat wcale nie chce kosmetyków do smarowania. Może świat chce degustacji. Może ja całe życie robiłam to źle. Bo powinnam zamiast balsamu „pomarańcza i nagietek” produkować:

„rosół z natką pietruszki”, „schabowy z ziemniakami” i „pierogi z kapustą” – skoro i tak kończą w żołądku, a nie na ustach.

🌿 P.S. Tak. Wyrzuciłam cały słoiczek. Tak. Teraz mam gotowy pomysł na nową tabliczkę:

„Do użytku zewnętrznego. Nie spożywać. Nie zjadać patyczkiem. Nawet jeśli kusi.

Oprogramowanie sklepu internetowego Sellingo.pl