Pani co zjadła balsam
Są takie momenty na jarmarkach, kiedy człowiek – po latach – zaczyna wierzyć, że już nic go nie zdziwi. Kiedy widział wszystko: świecę „na ból głowy” stawianą na czole, masło do ciała wkładane do dziurek nosa, i klienta, który pytał, czy sól do kąpieli „kopię osobiście w kopalni”.
W takich chwilach człowiek staje i myśli: „Dobrze. Granice zostały przesunięte. Teraz jestem gotowa na wszystko.”
A potem… pojawiają się one.
Dwie panie. Para jak z filmu: jedna dominująca, druga bardziej obserwująca, trzymająca torebkę i moralność w garści. Wchodzą na stoisko wolno, jakby przekraczały próg galerii sztuki – z tym marsowym namysłem: „Oceńmy, czy to w ogóle zasługuje na nasze oczy.”
Patrzą. Na mydła. Na masła. Na olejki. Z każdym słoiczkiem robią minę, jakby właśnie kalkulowały sens istnienia wszechświata.
– A to masło?
– Do smarowania – mówię dyplomatycznie, tonem przewodnika z muzeum.
– A to mydło?
– Do mycia.
– A to? – wskazuje na malutki słoiczek, taki niewinny, taki bezbronny.
– Balsam do ust.
Pani patrzy na mnie, jakby sprawdzała, czy nie kłamię.
– Do czego?
– Do ust. – powtarzam po raz kolejny, czując, że życie zatacza koło.
Pani bierze słoiczek. Przygląda mu się z namysłem. Słoiczek milczy – nie wiedząc jeszcze, jakie ma przed sobą przeznaczenie.
Ale zanim cokolwiek zdążę powiedzieć – pani sięga po patyczek. Nie byle jak. Z pełnym rytuałem, z gracją i powagą, jakby zaraz miała pobierać próbkę do badań w laboratorium. Nabiera porcję balsamu, patrzy przed siebie… i wkłada patyczek do ust.
I po prostu… zjada.
Żadnego zawahania. Żadnego „ups”. Po prostu proces spożywczy.
W tym momencie czas się zatrzymuje. Stoisko zamarło. Kwiaty przestały pachnieć. Jarmark zamarł jak kadr z filmu.
Ja próbuję wypowiedzieć jakieś zdanie, umysł szuka liter: „Pro…”, „Nie…”, „Hej…”, „Halo…” Nic nie nadąża.
A pani… z pełną swobodą i pewnością ruchu nabiera balsam patyczkiem po raz drugi. Tym samym. Znów do ust. Znów przełknięte.
Druga pani – ta rozsądna – robi się coraz bardziej czerwona:
– Ale to do SMAROWANIA! Do smarowania! – próbuje uratować świat.
– Ha! Ha! Ha! Ja zjadłam! – śmieje się pierwsza.
Śmiech brzmi jak ogłoszenie zwycięstwa. Jakby weszła w życie nowa tradycja: zjadamy kosmetyki.
I odchodzą. Po prostu. Jakby nic się nie wydarzyło. Jakby najnormalniejszą rzeczą na świecie było zjedzenie balsamu patyczkiem, przy świadkach, na środku jarmarku.
Zostaję ja. I pusty słoiczek. I pytanie, które chyba zapisze się we mnie na zawsze:
Może świat wcale nie chce kosmetyków do smarowania. Może świat chce degustacji. Może ja całe życie robiłam to źle. Bo powinnam zamiast balsamu „pomarańcza i nagietek” produkować:
„rosół z natką pietruszki”, „schabowy z ziemniakami” i „pierogi z kapustą” – skoro i tak kończą w żołądku, a nie na ustach.
🌿 P.S. Tak. Wyrzuciłam cały słoiczek. Tak. Teraz mam gotowy pomysł na nową tabliczkę:
„Do użytku zewnętrznego. Nie spożywać. Nie zjadać patyczkiem. Nawet jeśli kusi.