A SÓL TO Z KOPALNI?
Poranek na jarmarku. Upał jeszcze nie zdążył się rozkręcić, ale powietrze już gęste od zapachów i hałasu. Ktoś niesie kawę, ktoś rozstawia stoisko, ktoś już się kłóci o prąd. Ludzie powoli budzą się do życia, patrzą na te wszystkie stoiska z lekkim zdziwieniem – że to wszystko naprawdę stoi, pachnie, błyszczy… i że taniej to raczej nie będzie.
Podchodzi pani w kapelusiku, takim trochę „artystycznym”, ale już lekko sfatygowanym przez wiatr i życie. Pochyla się nad moimi solami do kąpieli. Jedną wącha, drugą też, trzecią już dla porównania. Wreszcie podnosi głowę i patrzy na mnie takim spojrzeniem, które zwiastuje pytanie większego kalibru.
– A skąd pani tę sól bierze? Z kopalni kopie?
Nie wiem, czy to żart, prowokacja, czy może egzamin zawodowy. Patrzę na nią, potem na sól, potem znów na nią. – Jasne – mówię. – Codziennie o szóstej rano, z kilofem pod pachą. Wjeżdżam windą na poziom minus czterysta, tam mam swoje miejsce.
Pani się nie śmieje. Ani trochę. Kiwa głową z uznaniem, jakby naprawdę doceniła trud. Przechodzi do kolejnego słoiczka. – A tym mydłem to się można myć?
Tu już czuję, że wchodzimy w rejony filozoficzne. Mam ochotę powiedzieć, że nie, że to do kontemplacji i głaskania po zmroku, ale rezygnuję. – Można – odpowiadam spokojnie. – Aha – mówi z satysfakcją. – Bo ja tak tylko pytam. Mi wcale nie zależy, żeby to kupić.
No i dobrze, że chociaż to mamy ustalone. Zawsze cenię szczerość.